Przeczytaj raport i sprawdź, jak wydać książkę

Witamy, Gość
Nazwa użytkownika: Hasło: Zapamiętaj mnie

TEMAT: Jak się wzorować to na najlepszych

Jak się wzorować to na najlepszych 6 lata 6 miesiąc temu #165

  • Orcio
  • Orcio Avatar
  • Wylogowany
  • Senior forum
  • Posty: 49
  • Otrzymane podziękowania: 15
  • Oklaski: 2
Dobry wieczór..
Chciałem się podzielić z czytelnikami moim ostatnim zajęciem.. Skoncentrowałem wypisy na charakterystyce postaci.. Żeby stworzyć bohatera z krwi i kości potrzebna jest profesjonalna prezentacja.. Czytając powieść RZYM Emila Zola wyłowiłem kilka fragmentów, ów genialny Francuz prezentuje postacie zwięźle, ale wymownie.. Wie doskonale o czym świadczy jakiś rys, jakieś zgrubienie czy cokolwiek podobnego.. Przeważnie wnioski wysnuwa z wyglądu twarzy, acz nie brakuje też innych cech.. Z kolei Józef Ignacy Kraszewski, w powieści historycznej o dziejach Polski KORDECKI przedstawia postacie raczej obszerniej.. Dokładniej, zwracając uwagę na więcej cech rysopisu.. Niemniej genialnie.. W powieści Polaka mniej jest bohaterów, może dlatego opisy są dłuższe..

Józef Ignacy KRASZEWSKI
KORDECKI..

Był to średniego jeszcze wieku człowiek, wzrostu miernego i twarzy wcale nie bohaterskiej; rysy jego znamionowały tylko silną duszę, charakter nieugięty i rozum jasny, dobroduszna łagodność łączyła się w nich z męstwem i wytrwałością. Siwe źrenice bystro spoglądały wprost na każdego nie schylając się przed nikim, nie obawiając śledczego badania, same wnikając w głąb duszy; nad nimi brew gęsto zarosła już siwieć poczynała. Czoło miał szerokie, zorane kilkoma poprzecznymi marszczkami, które raczej wiek i praca, niż troska zakreśliły; usta rumiane i szeroko roztwarte miały ten wyraz siły i dobroci razem, który oznajmuje wielkich mężów, zawsze gotowych do boju i pewnych dotrwania. Widać było, że często igrał na nich uśmiech łagodny, że rozkazując umiały ten rozkaz uczynić miłym, a w potrzebie nieodwołalnym i strasznym tą potęgą woli niezłomnej, której nikt wytłumaczyć nie potrafi, a wszyscy słuchać muszą.

Łysego, krągłego, z jasnym wąsem człowieczka

Słuszny, pięknego wzrostu, w sile lat i zdrowia mężczyzna, z czarnym wąsem i włosem, z szabelką w czarnych pochwach u pasa, z czapką w ręku i delią na plecach.

Otyły, z orlim nosem i ruchawym wzrokiem, pleczysty mężczyzna, kulał trochę na nogę, bo ją niedawno (...) nadwichnął (...) dawniej wojskowy i krzykacz, zawadiaka do kielicha i korda gotowy, zresztą szlachcic w całym znaczeniu.

Niewiasta w żebraczym odzieniu (...) Zwano ją, po imieniu tylko, Konstancją (...) Istny to też był szkielet, na którym wyżółkła trzymała się skóra, osobliwszą siecią zmarszczek pokryta. Wysokiego wzrostu, chuda, nieco przygarbiona, z kijem w ręku, z płachtą szarą na głowie, w obdartym sieraku i chustach pooplątywanych na ramionach, z torbą pustą na plecach, godłem stanu (...) uderzała wyrazem twarzy zeschłej, bladej, a ożywionej jakby obłąkanym uśmiechem, który jej nigdy nie opuszczał. Czarne oczy, ogniste, spod brwi siwej błyskające, od tego śmiechu wiekuistego otoczyły się promienistymi fałdami, rozchodzącymi się od ust i na czoło. Gęba bezzębna, na wpół otwarta, śmiała się także, a nos prosty, niewielki poruszał się przy tym z całą twarzą, drgającą i jakby wykrzywiającą się. Kilka kosmyków siwych włosów wymykało się spod płachty i na skroń spadało. Ruch żebraczki nad wiek jej był żywy, głos donośny, a wśród poskoków, śpiewów i chichotania, z jakimi ją zawsze widywano, coś smutnego się przebijało, cechującego obłąkanie, owoc wielkiej przecierpianej boleści... nie była wszakże szaloną: pamięć, przytomność, przebiegłość, nawet dowcip jej pozostał, ale ten śmiech, okryty łachmanami i zgrzybiałością, zdawał się wyrobionym siłą, wywołany postanowieniem jakimś.

Miller był wojakiem (...) innego kraju człowiekiem, żołnierzem bez myśli uszlachetniającej to rzemiosło krwawe, wzniesienia się, sławy lub przyłożenia do dobra kraju, bez przyszłości, cały w dniu dzisiejszym. Dla niego schwycić co najwięcej, użyć jak najrozkoszniej, zbogacić się, nie patrząc środków, było celem jedynym. Dróg, którymi szedł do celu nie wybierał, ale też nie miał pozorów cnoty i pięknych słów w ustach (...) Żołnierz a gbur, szedł po żołniersku przebojem, nie licząc krwi, którą rozlewał, śmiejąc się z psot i występków żołdactwa, wieszając i rabując i nie czując ani zgryzoty sumienia, a obrzydliwości swojego zawodu (...) Sam protestant, nie tylko nie szanował świętości, ale, jakby na nich mścił swoje odstępstwa, kalał je chętnie, naigrywał się im i nie szczędził ani kościołów, ani ludzi Bogu poświęconych. Hulaka przy kielichu i biesiadzie, miał czasem dzikie popędy, a nie mogąc ścinać, rozbestwiony bił i wymyślnie karał, bawiąc się męczarnią. Mało mówił śmiał się tylko lub łajał. Zresztą prosty człowiek, pióra w ręku nie lubił, a gdy szło o traktowanie, o listy, chętnie się drugimi posługiwał. Straszniejszego człowieka nie miało wojsko szwedzkie, dla bezbronnych zwłaszcza (...) szedł wszędzie jak plaga, bez litości, a po sobie zostawiał tylko pustki i węgle... Dla niego krwi przelew, jęk, prośba, łzy były widokiem lub całkiem chłodnym, albo szmerem dokuczliwym, ale niczym wstrętliwym i poruszającym. Patrzał, słuchał, trawił spokojnie, bez wzdrygnienia siekł i siec pozwalał, zabijał z zimną krwią, z sumieniem dziecięcia, co drgające rozdziera zwierzątko, i nie pojmuje nawet, żeby to mogło być inaczej. Wiara jego była całkiem powierzchowna; spełniał jej obrzędy dla żołnierza z punktualnością przykładną, prowadził na nabożeństwo jak na przeglądy; ale ani się kiedy zamyślił nad rzeczami wiary, ani czuł jej potrzebę. Żył na ziemi brzuchem tylko i ciałem, a oczy jego, brwią i powieką zarosłe, nigdy się wyżej nie podnosiły. Wierzył za to we wszystkie czary, gusła i tym podobne mary bardzo szczerze, bardzo bojaźliwie i niczym tak się nie przerażał jak nimi.

W tłumie szlachty siwą, ołysiałą głową, ponurą i groźną górował. Wzrok jego zasępiony brwią nawisłą, a zimny i chmurny, ciężko obracał się dookoła; szedł ale się nie modlił, jakby mu kamień usta nacisnął. Postać to była poważna, lecz straszna: starzec z wyrazem siły i niepokonanej woli na czole, ustami dumnymi, silnymi barki i ruchami gwałtownymi jak dusza. Znać było w rysach, znać w zmarszczkach głębokich, że silne namiętności jego życie przepaliły, że cierpiał, używał i bolał, a walczył, nie poddając się do końca. Ciężka szablica wlokła się za nim jakby się na niego skarżyła; jedną ręką trzymał się w bok, w drugiej niósł pogniecioną czapkę z kitą. Oblicze to przeniesione nad tłum wzrostem (...) przerażało zamarłym na nim wyrazem uporu i samowoli. Znać myślą był gdzieś indziej, bo wzrok błądził nieuważny, szklany, to tu, to ówdzie zwracając się, z jedną ciągle, dziką obojętnością, z duszy na wierzch wypędzoną.

Emil ZOLA
RZYM..

Był to posiwiały lew, jeszcze wspaniały, silny i wielki. Gęste srebrne włosy jeżyły się na potężnej głowie. Usta miał grube, nos wielki, jakby nieco spłaszczony, czarne, błyszczące oczy i długą, białą, falistą brodę jak bogowie na starożytnych posągach. Ta twarz pełna wyrazu świadczyła o burzach, jakie wstrząsnąć musiały niegdyś tym niepospolitym człowiekiem; lecz wszystkie te burze czy to zmysłowej, czy to intelektualnej natury wyładowały się w gorącym patriotyzmie i nieokiełznanej żądzy niepodległości.

Przyglądali się tej dużej twarzy, wychudłej, łagodnej i smutnej, z rzadkimi siwiejącymi już rudymi włosami, o pięknych, tkliwych, niebieskich oczach, marzycielskich i płomiennych.

Twarzy jasnej i wesołej jak woda życia

Szczególnie szyja była niezwykła, zdumiewająco cienka nić, szyja małego ptaszka, bardzo starego i bardzo białego. Alabastrowa blada twarz miała charakterystyczną przezroczystość, poprzez wielki władczy nos przeświecało światło lampy, jakby krew całkowicie odpłynęła. Olbrzymie usta, o wargach jak śnieg, przecinały cienką linią dolną część twarzy i tylko oczy pozostały piękne: młode połyskliwe jak czarne diamenty – cudowne oczy o takim blasku i sile, że otwierały dusze i zmuszały do głośnego wyznawania prawdy. Rzadkie włosy opadały spod białej nalotki w lekkich, białych lokach otaczając bielą szczupłą, białą twarz, której brzydota oczyszczała się w tej bieli.

Wysoki, szczupły i bardzo elegancki, miał jasną cerę, niebieskie o fiołkowym odcieniu oczy, płowy, lekko falujący zarost i ułożone w loki blond włosy przycięte nad czołem modą florencką.

Nogi miał wielkie, ręce żylaste, twarz pokrytą śladami ospy i ogorzałą, którą rozjaśniały czarne, niezwykle bystre oczy. Krzepki jak na swoje czterdzieści pięć lat, przypominał bandytę ukrywającego się w księżym, zbyt obszernym ubraniu, pod którym rysowała się jego koścista postać.

Wyższy od ojca i raczej krępy, miał zarys głowy równie energiczny i silny jak stary Orlando, włosy czarne, jasną cerę i bujne wąsy i oczy, podobnie jak u ojca, patrzyły szczerze, choć chwilami zapalały się w nich ostre błyski. Usta tylko były zupełnie inne. Młody hrabia miał zęby jak wilk, a usta zmysłowe, żarłoczne i drapieżne, jakby gotów w każdej chwili rzucić się na zdobycz.

Energicznej twarzy ślady zmęczenia, przedwczesną sieć zmarszczek, opuszczone kąciki ust świadczące o wyczerpaniu i zniechęceniu wieczną walką.

Nosił mundur, miał młodzieńczą pełną życia i energii postawę i odziedziczone po matce niebieskie oczy o szczerym i otwartym spojrzeniu. Był uosobieniem młodości i miłości. Entuzjazm i wiara we własne siły bijące z jego postaci mówiły, że nie kieruje się niskimi pobudkami.

Siwe pukle włosów tak samo opadały mu na ramiona, miał tę samą pociągłą twarz o wydatnym nosie i wąskich ustach, porysowaną licznymi, głębokimi zmarszczkami, te same płomienne oczy w bladym obliczu i gęste czarne brwi.

Czterdziestoletni, czarno ubrany mężczyzna, który przypominał lokaja z bogatego domu i zakrystiana z katedry. Miał przystojną, wygoloną, układaną twarz i wydatny nos między szeroko wykrojonymi jasnymi, nieruchomo patrzącymi oczyma.

Zmysłowe, pełne wargi, olbrzymie, bezdenne oczy i delikatna dziecięca twarzyczka mówiły o dwoistości jej natury.

Gruby nosowy głos, zadziwiający u człowieka tak wątłej budowy.

Młoda, bardzo ładna szatynka o matowej cerze i wielkich, łagodnych oczach; zwracała uwagę wdzięczną prostotą i skromnym wyglądem. Suknię miała jedwabną, koloru zwiędłych liści i wielki, nieco fantazyjny kapelusz.

W jego długiej twarzy ascety, o wąskich ustach, wąskim nosie i wąskiej znamionującej upór brodzie, szare oczy miały krępującą nieruchomość. Okazał się zresztą bardzo rzeczowy, bardzo prosty i rzekł z lodowatą grzecznością.

Nalana twarz i wygląd chytrej, wścibskiej starej panny w czarnej spódnicy przejmowały go wstrętem.

Miał twarz o żywych kolorach, wydatny nos, mięsiste wargi i wygląd młody i krzepki mimo sześćdziesięciu lat.

Było to prawie dziecko, młodzieniec zaledwie dwudziestoletni, jeszcze bez zarostu, o jasnej urodzie, jakie rozkwitają czasami w Neapolu, z długimi włosami w lokach, cerą jak płatki lilii, różanymi ustami i oczami o wyrazie tęsknym i marzycielskim, przepojonym nieskończoną słodyczą.
Administrator wyłączył możliwość publicznego pisania postów.
Czas generowania strony: 0.560 s.